Mój partner jest dziwny, czy powinien iść na diagnozę

Twój mózg wciąż pracuje na ustawieniach fabrycznych sprzed dwóch milionów lat: co inne niż my, może być groźne. Kiedyś to było obce plemię za wzgórzem. Dziś to partner, który inaczej reaguje na emocje.
Diagnoza to nie serwis, który go „ogarnie”, ale zanim po nią sięgniesz, zapytaj: czy on jest dziwny, czy ja po prostu nie łapię, o co chodzi?

Rzadko kiedy pada wprost. Zwykle brzmi to tak: „on jest cudowny, ale…” albo „ona jest świetna, tylko czasem…”. I po tym „tylko” zaczyna się cała lista: nie rozumie aluzji, reaguje za mocno albo za słabo, zamyka się, gdy robi się emocjonalnie, ma swoje rytuały, wszystko analizuje, albo przeciwnie, ucieka od rozmów jak przed niedźwiedziem jaskiniowym. A na końcu tej listy czeka pytanie, które w gabinecie słyszę z regularnością pory roku: czy on jest po prostu dziwny, czy to jednak coś więcej.

Czytaj dalej „Mój partner jest dziwny, czy powinien iść na diagnozę”

Granice, które regulują, a nie ranią

Granice mają opinię narzędzia tresury, a są dokładnie odwrotnością: informacją, gdzie kończy się bezpieczny teren. Młode, które ją dostało, spokojnie bada całą resztę świata. To, które jej nie dostało, nie czuje się wolne. Czuje, że nikt nie trzyma warty. A granica nie jest przeciwko dziecku, jest dowodem, że ktoś czuwa.

Mało które słowo ma w rodzicielskim słowniku tak fatalną prasę jak „granice”. Mówisz „granice”, a słychać mniej więcej to samo, co przy „kontroli skarbowej”: zakazy, konsekwencje, konflikty, bycie surowym, a gdzieś na końcu, wypowiadane już szeptem, krzywda dziecka. Trudno się dziwić, bo spora część z nas wyrosła w domach, w których „granice” faktycznie oznaczały krzyk, pas albo ciche dni. Tylko że to, co tam się działo, nie było granicami. To była przemoc w przebraniu wychowania. Prawdziwe granice są czymś dokładnie odwrotnym.

Czytaj dalej „Granice, które regulują, a nie ranią”

Dlaczego dorośli trafiają na diagnozę po 30-tce

Przez trzydzieści lat słyszał: zdolny, ale leń. Nikt nie pytał, ile naprawdę kosztuje bycie „zdolnym”, kiedy mózg pracuje bez instrukcji obsługi, a dodawanie potrafi zepsuć nawet informatykowi z dwoma dyplomami. Diagnoza po trzydziestce to nie wyrok. To wreszcie mapa terenu, po którym już dawno chodził po omacku.

„Gdybym przyszedł wcześniej, oszczędziłbym sobie kawał życia”. To zdanie słyszę na pierwszym spotkaniu tak często, że mógłbym je rozpoznać z zamkniętymi oczami po samej intonacji. Pada zwykle po trzydziestce. Czasem po czterdziestce. Raz usłyszałem je od osoby, która przekroczyła sześćdziesiątkę. I za każdym razem widzę tę samą minę, mieszankę ulgi i żalu, jakby ktoś w środku życia dostał wreszcie mapę do terenu, po którym już zdążył przejść na piechotę, gubiąc się co chwilę.

Czytaj dalej „Dlaczego dorośli trafiają na diagnozę po 30-tce”

Dlaczego rodzic też potrzebuje wsparcia

Ewolucja nigdy nie zakładała, że jedno zmęczone naczelne uniesie dzieciaka samo, bez pomocy stada. Ktoś pilnował ognia, ktoś nosił malucha, ktoś inny po prostu był w pobliżu, żeby zmęczona matka mogła na chwilę odłożyć czujność. Dziś zostaje sam rodzic, kredyt i przekonanie, że powinien dawać radę w pojedynkę. Nie powinien.

Jest takie zdanie, którego prawie nigdy nie słyszę wypowiedziane głośno w gabinecie, choć widzę je codziennie wypisane na twarzach: rodzic też potrzebuje wsparcia. Kiedy to mówię wprost, w powietrzu robi się gęsto. Bo zaraz odzywa się głos w głowie, „ale przecież to dziecko ma trudność, to ono potrzebuje pomocy, ja muszę być silny”. I tu zaczyna się nieporozumienie, które kosztuje całe rodziny więcej, niż się wydaje.

Czytaj dalej „Dlaczego rodzic też potrzebuje wsparcia”

Wychowanie bezstresowe, czyli jak wyhodować tyrana w kapciach

Poradnik odwrotny: jak z uroczego bobasa wyhodować trzydziestolatka, który dziwi się, że szef nie proponuje kółeczka uczuć, tylko wypowiedzenie. Spoiler: wystarczy nie mieć zasad.

Kiedyś dzieci bały się rodziców. Dziś rodzice boją się dzieci. Postęp? Jasne. W końcu ktoś musiał przejąć władzę, a czterolatki od dawna czekały na swoją kolej.

Wychowanie bezstresowe.

Sama nazwa brzmi jak reklama kremu przeciwzmarszczkowego. Żadnych zasad, żadnych konsekwencji, za to hektolitry „rozumienia” i „przestrzeni na emocje”. Tylko że ta przestrzeń jakoś dziwnie zawsze kończy się tak samo: rodzic śpi na materacu pod drzwiami, a czterolatek okupuje łóżko małżeńskie jak Napoleon Moskwę. Z tą różnicą, że Napoleona z Moskwy w końcu wyrzucono. Czterolatka z sypialni nie wyrzuci nikt.

Czytaj dalej „Wychowanie bezstresowe, czyli jak wyhodować tyrana w kapciach”