Kiedyś dzieci bały się rodziców. Dziś rodzice boją się dzieci. Postęp? Jasne. W końcu ktoś musiał przejąć władzę, a czterolatki od dawna czekały na swoją kolej.
Wychowanie bezstresowe.
Sama nazwa brzmi jak reklama kremu przeciwzmarszczkowego. Żadnych zasad, żadnych konsekwencji, za to hektolitry „rozumienia” i „przestrzeni na emocje”. Tylko że ta przestrzeń jakoś dziwnie zawsze kończy się tak samo: rodzic śpi na materacu pod drzwiami, a czterolatek okupuje łóżko małżeńskie jak Napoleon Moskwę. Z tą różnicą, że Napoleona z Moskwy w końcu wyrzucono. Czterolatka z sypialni nie wyrzuci nikt.
Zasady? Fuj, opresja
Zasady są podobno „opresyjne”. „Ograniczają naturalny rozwój dziecka”. No pewnie. Bo naturalny rozwój dziecka to rzucanie się na podłogę w Biedronce, kiedy nie dostanie szóstej paczki żelków. To nie jest histeria. To performance. Głęboki, autentyczny akt samorealizacji, którego my, ludzie z traumą po zasadach, po prostu nie potrafimy docenić. Ja tam widzę cukier i brak granic, ale co ja się znam. Jestem tylko psychologiem, a nie mamą z forum parentingowego.
Konsekwencje? Proszę Państwa, konsekwencje to relikt PRL-u. Coś jak kartki na mięso i pochody pierwszomajowe. Kto by dziś stosował konsekwencje, skoro można „porozmawiać o uczuciach”? Dziecko rozbiło telewizor sąsiada piłką? Usiądźmy w kółeczku. Zapytajmy, co czuło w momencie kopnięcia. Telewizor się nie naprawi, ale przynajmniej nikt nie doznał uszczerbku emocjonalnego. Poza sąsiadem, ale sąsiad nie ma w tej opowieści statusu osoby, tylko rekwizytu.
Rodzic, czyli personel
Najpiękniejsze w tym modelu jest to, że rodzic przestaje być rodzicem. Awansuje. Zostaje osobistym asystentem ds. spełniania zachcianek, negocjatorem ONZ i zakładnikiem we własnym mieszkaniu. Trzy etaty, zero pensji, nadgodziny nocne.
Dziecko nie chce spać? Nie szkodzi. Będziemy czuwać do trzeciej. Sen rodzica to konstrukt społeczny.
Dziecko nie chce jeść warzyw? Bezstresowo znaczy, że piramida żywieniowa składa się teraz z nuggetsów, nuggetsów i — dla urozmaicenia — nuggetsów.
Dziecko uderzyło rodzica? Spokojnie. Ono „wyraża emocje w sposób adekwatny do wieku”.
Tylko jedno pytanie: kiedy dokładnie ta adekwatność wygasa? Jest jakaś data ważności? Bo jeśli bicie mamy jest ok w wieku pięciu lat, to co z piętnastoma? Dwudziestoma pięcioma? Może dostaniemy jakiś komunikat systemowy: „Twoja licencja na wyrażanie emocji pięścią właśnie wygasła, odnów zasady wychowawcze”?
Efekt specjalny: dorosłe dziecko
Bo tu jest mały haczyk. Bezstresowo hodowany czterolatek nie budzi się pewnego ranka jako zrównoważony, empatyczny dorosły. Nie ma takiej aktualizacji. On budzi się jako trzydziestolatek święcie przekonany, że świat będzie mu ustępował tak, jak ustępowała mama. I przeżywa szok swojego życia, kiedy szef mówi „nie” — i nie proponuje w zamian kółeczka uczuć, tylko wypowiedzenie.
Bo świat zewnętrzny, w przeciwieństwie do rodzica, nie negocjuje. Autobus nie zaczeka, aż ktoś „poczuje się gotowy”. Bank nie umorzy raty, bo klient „miał trudny dzień emocjonalny”. ZUS nie usiądzie z nami w kółeczku. Sprawdzałem.
Puenta, niestety przewidywalna
I tu dochodzimy do wisienki na tym bezglutenowym torcie: wychowanie „bez stresu” produkuje dorosłych o odporności na stres na poziomie mokrej chusteczki higienicznej. Bo nigdy nie przećwiczyli najważniejszej życiowej umiejętności: że czasem jest „nie”. Że czasem się przegrywa. I że świat, o dziwo, się wtedy nie kończy.
Zasady i konsekwencje to nie tortury. To siłownia. Dziecko, które wie, gdzie jest granica, śpi spokojnie. Dziecko, które musi codziennie testować, czy granica w ogóle dziś istnieje, nie odpoczywa nigdy. Ma etat. Etat kierownika rodziny. A żaden pięciolatek nie ma kwalifikacji na to stanowisko, choćby nie wiem, jak przekonująco krzyczał na rekrutacji w Biedronce.
Ale co ja tam wiem. Idę negocjować z kotem, żeby zszedł z klawiatury. Bezstresowo. Z pełnym poszanowaniem jego autonomii.
Kot wygrał. Jak zwykle.
(Kot jest metaforyczny, nie mam kota. Na szczęście dla kota.)
