Mało które słowo ma w rodzicielskim słowniku tak fatalną prasę jak „granice”. Mówisz „granice”, a słychać mniej więcej to samo, co przy „kontroli skarbowej”: zakazy, konsekwencje, konflikty, bycie surowym, a gdzieś na końcu, wypowiadane już szeptem, krzywda dziecka. Trudno się dziwić, bo spora część z nas wyrosła w domach, w których „granice” faktycznie oznaczały krzyk, pas albo ciche dni. Tylko że to, co tam się działo, nie było granicami. To była przemoc w przebraniu wychowania. Prawdziwe granice są czymś dokładnie odwrotnym.
Czytaj dalej „Granice, które regulują, a nie ranią”Granice, które regulują, a nie ranią
Granice mają opinię narzędzia tresury, a są dokładnie odwrotnością: informacją, gdzie kończy się bezpieczny teren. Młode, które ją dostało, spokojnie bada całą resztę świata. To, które jej nie dostało, nie czuje się wolne. Czuje, że nikt nie trzyma warty. A granica nie jest przeciwko dziecku, jest dowodem, że ktoś czuwa.