Maskowanie: dlaczego tak wykańcza po 30-tce

Twój mózg ma wbudowany radar sprzed dwóch milionów lat, który bez przerwy skanuje: czy stado mnie jeszcze akceptuje? Kiedyś miał wyłącznik. U wielu ludzi ten wyłącznik dawno zgubiono. To się nazywa maskowanie: dla innych włącza się autopilot, a ty przez cały czas siedzisz za sterami, ręcznie. Po trzydziestce przychodzi rachunek, z odsetkami.

Jest zdanie, które pada w gabinecie zwykle dopiero po kilkunastu minutach, kiedy rozmowa się już porządnie rozgrzeje: „ja tak naprawdę nie wiem, kim jestem, kiedy nie muszę się dopasowywać”. Prawie nigdy nie słyszę go od dwudziestolatków. Oni jeszcze mają zapasy energii jak młody myśliwy przed pierwszym polowaniem. Niemal zawsze pada po trzydziestce, czasem później. I to nie jest przypadek: to jest rachunek, który w końcu przychodzi do zapłaty, z odsetkami naliczanymi przez lata.

Czym w ogóle jest maskowanie

Zacznijmy od tego, czym maskowanie w ogóle jest, bo to słowo lubi się mylić z kłamstwem, a to zupełnie inna kategoria: kłamca wie, że kłamie, maskujący się często sam nie wie, że przez cały czas gra rolę. Maskowanie to nie jest udawanie kogoś innego z premedytacją. To strategia przetrwania: te wszystkie automatyczne momenty, kiedy człowiek obserwuje innych jak zwiadowca badający teren, uczy się, jak „wypada”, kontroluje ton głosu i mimikę, sprawdza na bieżąco, czy to, co właśnie zrobił, było w porządku. Nikt nie robi tego, żeby oszukać świat. Robi to, żeby się w nim w ogóle zmieścić.

Ewolucyjny radar bez wyłącznika

Tu warto na chwilę zajrzeć do naszej ewolucyjnej przeszłości, bo mechanizm jest bardzo stary, dużo starszy niż jakikolwiek podręcznik dobrych manier. Przez większość historii gatunku wykluczenie z grupy, oznaczało realne zagrożenie życia: samotny człowiek w otwartym terenie miał drastycznie mniejsze szanse niż ten w stadzie, i to nie w sensie metaforycznym, tylko dosłownie zostawał sam na sam z drapieżnikiem. Żył krótko ale za to nieszczęśliwie. Mózg, który potrafił szybko wyczuć, co grupa akceptuje, a czego nie i dopasować się do tego, zanim zostanie odrzucony, wygrywał ewolucyjny wyścig. Maskowanie to właśnie ten prastary radar, tylko włączony bez przerwy, na cały etat, przez dekady, bez urlopu i bez zwolnienia lekarskiego. Kiedyś miał wyłącznik. Dziś u wielu osób ten wyłącznik ktoś dawno temu zgubił.

Maskowanie zaczyna się bardzo wcześnie

Ono zaczyna się bardzo wcześnie, choć rzadko nazywamy je po imieniu. Wiele osób mówi mi: „ja zawsze byłem grzeczny”, „zawsze się dostosowywałam”, „nigdy nie sprawiałam problemów”. I bardzo często wcale nie oznacza to spokojnego dzieciństwa czy dobrej regulacji emocjonalnej. Oznacza szybkie, dziecięce odkrycie, że bycie sobą kosztuje, a dziecko, jak każdy sprytny gatunek, uczy się unikać kosztów, jeśli tylko ma szansę. Więc dziecko uczy się mówić mniej, uważać bardziej, dopasowywać się, nie sprawiać kłopotów. I to działa: dziecko nie rzuca się w oczy, słyszy „jaki dojrzały”, „jaka grzeczna”. Nastolatek jakoś ogarnia szkołę i relacje. Młody dorosły kończy studia, idzie do pracy, na zewnątrz wygląda całkiem normalnie, czasem wręcz podejrzanie sprawnie.

U mnie wyglądało to trochę inaczej

U mnie ta strategia wyglądała trochę inaczej, bo grzeczne dziecko to akurat nie byłem: miałem kłopoty w szkole i niejeden konflikt z rówieśnikami, których nie dało się ukryć pod żadnym dywanem. Moje maskowanie polegało na czymś innym: na wiecznym nadrabianiu. Więcej godzin nauki, więcej powtórek, więcej kontroli nad każdym szczegółem, żeby nikt nie zauważył, ile mnie to naprawdę kosztuje. Z zewnątrz wyglądało to na pracowitość, może nawet ambicję. W środku było czystym przetrwaniem, dzień po dniu, bez żadnej gwarancji, że kiedykolwiek się to skończy.

Niebezpieczne właśnie dlatego, że działa

I właśnie dlatego to takie niebezpieczne, bo działa, i to działa świetnie, przynajmniej z zewnątrz. Nikt nie widzi kosztu, bo koszt jest niewidzialny z definicji, ukryty głębiej niż jaskiniowa spiżarnia. Maskowanie to ciągła praca poznawcza i emocjonalna: stałe monitorowanie siebie, tłumienie impulsów, regulacja emocji bez żadnego wsparcia, życie na trybie ręcznym w sytuacji, w której dla innych wszystko dzieje się automatycznie, jakby mieli włączony autopilot, podczas gdy maskujący się przez cały czas siedzi za sterami. Przez pewien czas organizm to znosi, ale po trzydziestce zaczynają się schody, i to z prostego powodu: nie ma już tyle energii co wcześniej, odpowiedzialność jest stała, a nie chwilowa, znikają wakacje od życia, dochodzi zmęczenie chroniczne. A maskowanie, w przeciwieństwie do prawie wszystkiego innego, nie ma trybu oszczędnego, nie zna stanu czuwania. Albo jest się czujnym cały czas, albo wcale. I w pewnym momencie ciało po prostu mówi: już nie dam rady, strajkuję.

W praktyce wygląda to bardzo różnie

W praktyce wygląda to bardzo różnie i często mylnie: wypalenie, depresja, lęk, drażliwość, dolegliwości somatyczne, zerwana relacja, nagła potrzeba izolacji od wszystkiego i wszystkich, jakby ktoś w środku nagle zatrzasnął wejście do jaskini i powiesił tabliczkę „zamknięte”. Otoczenie mówi wtedy: coś się z tobą stało. A prawda jest dokładnie odwrotna: nic się nie stało. Po prostu skończyły się zasoby, które ktoś latami pożyczał sam od siebie, bez planu spłaty i bez świadomości, że w ogóle bierze kredyt.

Diagnoza zdejmuje konieczność udawania

To bywa moment poruszający, bo osoby maskujące się latami słyszały głównie: jesteś taka dzielna, radzisz sobie, inni mają gorzej. A w środku były wyczerpane, samotne i kompletnie niewidoczne, nawet dla samych siebie, jakby przez całe życie grały rolę w sztuce, której scenariusza nikt im nigdy nie pokazał. Diagnoza, jakkolwiek trudna do przyjęcia, robi wtedy jedną kluczową rzecz: zdejmuje konieczność dalszego udawania, że wszystko jest w porządku.

I na koniec

Jeśli więc ktoś po trzydziestce zaczyna mówić „ja już tak nie potrafię”, jeśli przestaje mieć siłę, żeby „być jak trzeba”, to najczęściej nie jest to regres. To moment, w którym organizm przestaje płacić rachunek, który był wystawiany przez lata, po cichu, bez żadnego wyciągu z konta. Maskowanie wykańcza nie dlatego, że ktoś jest słaby. Wykańcza dlatego, że zbyt długo był silny zupełnie sam, bez wsparcia stada, które ewolucja mu kiedyś obiecała, a które gdzieś po drodze zniknęło. I dopiero kiedy przestajemy pytać „dlaczego sobie nie radzę jak inni”, a zaczynamy pytać „ile mnie to właściwie kosztowało”, pojawia się wreszcie przestrzeń na coś więcej niż przetrwanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *